RSS
środa, 11 lipca 2007
Myślałem, że już po imprezie
Wróciłem z Chin już dawno temu, więc myślałem, że ten blog to już historia, a tu okazuje się, że ruch wcale nie zamiera. Teraz mi wstyd, bo impreza trwa w najlepsze, a gospodarz poszedł spać. Zapraszam do nowych rozdziałów mojej menedżerskiej edukacji i pisarskiej szarlatanerii (na prawo patrz ->),  ale obiecuję zaglądać również tutaj i sumiennie czytać komentarze.
16:45, leszekm
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 kwietnia 2007
Happy end

Jestem w domu, cały i zdrowy. Jednemu smokowi odpadła głowa, ale łatwo dała się przykleić. Moja głowa jest wciąż na tym samym miejscu. To co nie mogłem powiedzieć, żeby nie zepsuć niespodzianki, pasuje na Agnieszkę i jest śliczne.

Przeczytałem własnego bloga i przyszło mi do głowy, że powinienem Was jednak zostawić z pewną przestrogą, bo a nuż ktoś z Was pojedzie do Chin i uwierzy w te wszystkie wspaniałości i słodkie małe Chineczki chętne do pomocy. Mimo wszystko trzeba mieć głowę na karku, kupować tylko to co naprawdę ma się zamiar kupić, porównywać ceny i liczyć pieniądze. Jest tu sporo takich miejsc, gdzie interes robi się na naiwności bogatych turystów, a cena jest zawyżona nawet z 10 razy. Po nocnych knajpach nie należy chodzić samemu a szukanie wrażeń wśród dziewczyn na ulicy miewa różne zakończenia. To oczywiście nie dotyczy tylko Chin, ale przestrzegam na wypadek gdyby ktoś przyjechał i uwierzył, że jest w niebie. Dla nich jesteśmy kosmitami i dlatego relacje które prości Chińczycy nawiązują z turystami nie są zwykłymi relacjami międzyludzkimi. Trudno mieć do nich pretensję, to naprawdę prosty, biedny naród, ale przy tym też naprawdę piękny. Jeśli kiedyś wolno im będzie opuszczać kraj, to wszyscy polscy sprzedawcy pójdą nosić skrzynki, albo na kursy budowania relacji z klientem (prowadzone przez Chińczyków oczywiście). Kiedyś tu jeszcze przyjadę, może z Agnieszką.

08:00, leszekm
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2007
No to lecę - łapcie mnie po drugiej stronie

Za jakieś 1,5 godziny mam samolot na lotnisko, więc to już ostatni wpis. Trzymajcie kciuki za Lufthansę, może tym razem dowiezie mnie w terminie.

Za pół roku będzie MBA in India. Opisywanie lipcowego modułu paryskiego chyba odpuszczę, bo to jednak nie ta egzotyka, chociaż kto wie... w końcu Paryż.

Tak sobie myśle, że chyba znowu trochę zmądrzałem, a na pewno świat mi się powiększył. Jako europejczycy jednak żyjemy w izolacji. Mamy te swoje szczęśliwe grajdołki, a o kraju w którym żyje co czwarty człowiek nie wiemy nic. Żeby jeszcze przez chwilę utrzymać czytelników w napięciu, powiem, że poznałem wczoraj Chinkę. Mówiła po angielsku całkiem nieźle ale tu też spotkało mnie zaskoczenie. Mniej wykształceni młodzi Chińczycy mówią, ale nie czytają po angielsku. Nie znają alfabetu, a nawet jak znają to nie potrafią układać wyrazów, bo taki sposób pisania jest dla nich egzotyczny. Z tego powodu komputery są dla wielu z nich niezrozumiałe a e-mail jest dziwactwem. I kolejna właściwość, którą zaobserwowałem już wcześniej - oni nie używają i nie rozumieją map i planów. Spotkałem się z tym wiele razy. W sumie świetnie to współgra z tym, że się prawie nie poruszają. Dziewczyny z Szangaju nie wiedzą jakie są miasta w sasiedztwie i nigdy tam nie były. Wiedzą, że jest USA, ale słowo Europa nic im nie mówi, a już Polska w szczególności. No więc kończąc temat poznanej Chinki, miło nam sie rozmawiało, dużo sie dowiedziałem, więc mówię - choć sobie gdzieś usiądziemy w jakiejś restauracji i pogadamy dłużej. Ona sie bardzo ucieszyła, ale...
Pierwszy szok - musi zapytać szefa.
Drugi szok - powiedziała, że jest tu z siostrą i czy możemy pójść razem. Mowię, że tak, w końcu dziewczyna mnie nie zna. Poszła pytać szefa, szef się zgodził, ale siostry zrobiły się dwie. Idziemy w stronę tej restauracji, przychodzi trzecia, a po chwili czwarta, też siostra. Ta pierwsza mówi, że jak się nie zgodzę, to ona też nie będzie mogła pójść, bo tak szef powiedział. Wolałem nie czekać na ostateczny wynik, bo przypuszczam, że zasponsorowałbym pół miasta. Tu nasza znajomość się skończyła.
Aha, pracująca w dobrym miejscu (salon kosmetyczny Shisheido) Chinka zarabia 120 euro miesięcznie i strasznie się z tego cieszy. To jest świetna praca.
Rozmawiałem z nią o rónych rzeczach, miedzy innymi o relacjach damsko-męskich. Metoda na podrywanie Chinek jest bardzo prosta. Na pierwszym spotkaniu się rozmawia, głównie opowiada o swoim majątku, ewentualnie można się przytulić. Dziewczyn się w zasadzie nie podrywa tylko po prostu mówi, że się chce je mieć. Potem ona opowiada o tym swojej mamie (i nie chodzi tu o burdel-mamę) i ta się zgadza albo nie. Jeśli kandydat jest dość bogaty, to się zawsze zgadza, nawet jeśli szansa na małżeństwo jest zerowa. Ja tu jestem niby bogaty, z mamą nie ma problemu, więc ona na drugim spotkaniu, na przykład jutro, pójdzie ze mną do hotelu. Proste, prawda?

Kończąc, życzę wszystkim dużo wrażeń w Waszych poszukiwaniach siebie, niech wam się oczy otwierają jak najszerzej z życie staje coraz bardziej kolorowe. Kochajcie się, rozwijajcie i bawcie dobrze, bo życie jest krótkie. Do zobaczenia w Polsce i na moich kolejnych MBA'owych blogach.

02:22, leszekm
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 kwietnia 2007
Polak - Chińczyk dwa bratanki

Ależ mi przybyło przyjaciół. Byłem na zakupach. Od razu w wejściu do dużego jakby domu rzemieślniczego złapała mnie taka maluteńka młoda Chinka z niezłym angielskim i się zaczęło.... W 3 minuty byliśmy przyjaciółmi, umiała powiedzieć "dzień dobry", zaofiarowała się z wszelką pomocą i była naprawdę przemiła. W jej sklepie było niewiele fajnego, ale przeciągnęła mnie przez wszystkie, wszedzie przedstawiając jako przyjaciela :) Kupiłem kilka jedwabnych chusteczek, świnkę skarbonkę dla Krzysia, i jedno coś, co nie mogę powiedzieć (czy ktoś wie, ile Agnieszka ma w biodrach?). Chińczycy są naprawdę super ludźmi. Ich uprzejmość i usłużność jest tak ujmująca, że aż się chce zostać. Co ważne, nie ma w tym żadnego cwaniactwa, nie spotkałem się z żadną nieuczciwością, czy próbami wyłudzania. W sklepie do takich rzeczy jesteśmy może bardziej przyzwyczajeni, ale oni są uprzejmi zawsze, również kiedy niczego za to nie chcą. Jak rozmawiałem z ludźmi ze szkoły to wszyscy przyznali, że czuli się przez cały czas bezpiecznie i że w żadnym hotelu świata obsługa nie zajmowała się nimi tak dobrze. Jeśli ktoś marzy o wyjechaniu do Chin, ale się obawia, to nie ma czego - w Szanghaju można się czuć lepiej niż u siebie.

W sklepie trzeba negocjować. Jak mówią, że już nie mogą obniżyć ceny, to trzeba poprosić o jakiś dodatek extra i się go dostaje. W ten sposób kupiłem dwa smoki i dwie inne figurki w cenie jednego smoka :) Nie pytajcie po co mi dwa smoki, ale są piękne - ręcznie wydłubane w jakimś czerwonym magicznym kamieniu.

Z kartami trochę ciężko, ale się da. Visa jest tu lepsza niż MasterCard.  Sklepy są tak różne, że podobne towary spotyka się w cenach różniących się nawet kilka razy. Kurde, jeszcze tu kiedyś wrócę.

 

07:11, leszekm
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 kwietnia 2007
Plastikowy Budda ze swastyką na piersi

Byłem z bardzo odległej części Shanghaju. Kiedyś to było miasto Qibun, teraz się wchłonęło. Wieśc głosi, że to starożytne chińskie miasto, ze świątyniami i w ogóle. Jedziemy z godzinę i co widzimy? Wielka brama triumfalna dla turystów, świątynia stoi, pagoda też ogromna, ale wszystko jakieś takie nowe i równe. Idziemy do świątyni, a Budda plastikowy, pomalowany złotkiem z wierzchu, a budowla z płyty gipsowej :((

Swiątynia buddyjska Miesjcowi traktują tu wszystko na poważnie. Pochylają się nabożnie, klękają przed każdym posągiem i palą świeczki i kadzidła.

Nawet to wszystko ładnie kolorowo wyglądało, ale tandeta, że uciekać. Wokół rozciągało się tzw stare miasto, czyli plątanina wąskich uliczek zamienionych w bazary. W każdej dziurze ktoś mieszka, w każdej bramie robi coś do jedzenia, w każbym garażyku jest jakiś warsztat, czy sklep. Takie wielkie koczowisko. Co kawałek wiszą na sznurku gacie i nikomu nie przeszkadza, że razem z nimi suszy się jakieś jedzenie. Jądzą chyba wszystko - węże, kacze łepki z rusztu, kurze pazury, żółwie, wodorosty. W kanałach pływaja sobie dziko prześliczne żółwie, takie do 10 cm. Pewnie niesmaczne, skoro jeszcze pływają.

Na koniec obiecany Budda ze swastyką.

Budda ze swastyką, Shanghai, Qibun

 

I jeszcze kilka widoczków niezapomnianych.Małe mieszkano, na Mariensztacie. Tam po lewej jeszcze mieszkają sobie ludzie, a wokół taki krajobraz. Ludzie mieszkaja w każdej dziurze i to dosłownie. Dwie ściany zawalającego sie budynku to luksus.

Tu się mieszka. Dwie ściany zawalonego budynku, to jeszcze wciąż dom.

 

 

Szewc

A to jest szewc. Prawdziwy - przychodza do niego ludzie i on im na tym skrawku chodnika naprawia co przyniosą. Jest w życiu ustawiony, bo ma tę maszynkę do szycia na trzech nogach. Jak widać naprawia też dętki i w ogóle co się da. Obrotny jest i fach ma w rękach.

 

23:01, leszekm
Link Komentarze (4) »
Poczułem się atrakcyjny

Byłem w nocnym klubie w Szanghaju. Tylu propozycji pożycia seksualnego to chyba przez całe dotychczasowe życie nie dostałem. Jak się więcej piwa wypije, to Chinki bardzo ładnieją. Można się dowartościować. Egzotyka niespecjalna bo klub był w zachodnim stylu (nawet nazywał się Manhattan cośtam) wiec nie mam nic ciekawego do napisania. Piwo 50 juanów, wiec 5 euro. Manhattan, po prostu Manhattan. Główka nie boli bo zdążyłem wytrzeźwieć przed zaśnięciem, poranek zacząłem od śniadania, potem bieganko (ulgowo 5 km), sauna, zielona herbatka i jestem szczęśliwy i gotowy do dalszych przygód. Zaraz jedziemy zwiedzać miasto, to będzie o czym pisać.

Aha, rano przeczytałem dowcip w internecie. Przychodzi żaba do lekarza i mówi: panie doktorze, coś mnie jebie w stawie, a doktor na to: proszę pani, to rak.

06:44, leszekm
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 kwietnia 2007
Szkła kontaktowe dla kurczaków
Huraaa, skończyły się lekcje. Ostatni kurs wynudził mnie do cna. Pół dnia poświęciliśmy analizie przypadku szkieł kontaktowych dla kurczaków. Opowiem Wam, bo to troche zabawne. No więc kurczaki są bojowe strasznie i tłuką się między sobą. Jeśli w takiej bitwie jeden zostanie ranny i widać krew, to inne kurczaki go po prostu zadziobują. Kurczak na farmie ma żyć około roku, a około 15% zdycha z tego powodu w ciągu pierwszych trzech miesięcy. Jeśli przeżyją 3 miesiące to potem już z górki, ale za to zadziobują inne. Jak w wojsku. Żeby zmniejszać straty podaje się im coś na uspokojenie, ale to psuje mięso i jajka (no bo kto kupi uspokajające jajka?), albo się je oślepia, ale to z kolei wzbudza protesty.
Pewien facet wymyślił, żeby kurczakom zakładać szkła kontaktowe, które robią z nich krótkowidzów (żeby widziały jedzenie a przeciwnika nie) oraz filtrują im kolor czerwony (żyby nie widziały rannych kurczaków). Finansowo było super, farmerom miało się opłacać jak diabli, no więc wyprodukowano tego pierwsze 10 tys. i pozakładano kurczakom. Nie wiem jak, sam się zastanawiam. Okazało się jednak, że kurczaki rosną i te szkła potrafią wypaść. Jeśli w stadzie znajdzie się choćby jeden widzący normalnie, to działa jak egzekutor. Potem musieli przesiać całe stado, żeby wyłapać te widzące. No i projekt upadł. Pół dnia to analizowaliśmy na wszystkie sposoby.
To teraz już wiecie dlaczego ludzie po najdroższych szkołach mają takie głupie miny. I ja za to zapłaciłem....
11:58, leszekm
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 kwietnia 2007
Supermarket
Byliśmy w Carrefour. Oczywiście w celach biznesowych, ale przy okazji przeleceliśmy przez cały supermarket z ciekawości. No jest tam sporo egzotyki. Rzeczy podstawowe kosztują prawie nic, reszta podobnie jak w Europie. Stoją tam całe półki dziwnych proszków, których nie potrafię nazwać, owoce, których nie widziałem wcześniej na oczy, dużo owoców morza, sos sojowy w stu odmianach i mnóstwo tandety. Jakieś rowery po 100 Euro, duże sejfy ważące może ze 3 kilogramy, cała masa szmelcowatych urzadzeń elektronicznych, które u nas kupuje się raczej na bazarach. Mnie osobiście najbardziej poruszyły żywe węże sprzedawane na stoisku z rybami. Takie troche jak nasze zaskrońce tylko krótsze. Ekspedientka ucinała im głowy, wybebeszała flaki i pakowała do torebek. A jak one przy tym patrzyły...
06:36, leszekm
Link Komentarze (1) »
Tai Chi

Byłem na lekcji Tai Chi. Przed hotelem jest takie pięknie wystrzyżone "pole golfowe" i przychodzą sobie tam ludzie w rożnych celach, takich też. Pan nauczyciel za pomocą prześmiesznej angielszczyzny wytłumaczył nam, że wersja uproszczona składa się z 24 form i rozdał nam opisy na kartkach. Potem zaczęliśmy ćwiczyć, ale doszliśmy tylko do czwartej, co wcale nie jest takim złym wynikiem. Wrażenie jest niewiarygodne. Jak się to ogląda z boku, to wierzcie mi - nie ma się pojęcia czym to jest naprawdę. Na pozór proste ruchy są skomponowane w tak niesłychanie przemyślny sposób, że człowiek się czuje jakby się uczył chodzić. Ręce poruszają się w różnych płaszczyznach jednocześnie, całe ciało musi być perfekcyjnie zestrojone, bo my notorycznie robiliśmy najpierw ruchy nogami, potem rękami, a na końcu  głową. Zabawa super, a wrażenie naprawdę zaskakujące.
W sumie pomyślałem, że takie zbiorowe formy ruchu występują w wielu kulturach w różnej formie, więc pewnie jest to jakiś atawizm. Jak się wejdzie do amerykańskiego pubu na wsi i zobaczy jak oni sobie po robocie tańczą country w równych rzadkach, to jakby to samo. Albo na przykład takie zbiorowe formy ruchu znane z niemieckich filmów....
Ciekawe, czy z takiego Tai Chi trzeba się spowiadać?

 

06:27, leszekm
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2007
Kultura i różne dźwięki
W jednym z poprzednich wpisów nabijałem się z masażysty, który popierdywał w chwilach większego napięcia. Myślałem, że to coś wyjątkowego. Otóż myliłem się. Oni sobie wszyscy popierdują bez skrępowania w dowolnej sytuacji i to tak, że słychać jak im hemoroidy furkoczą. Z jednej strony to szokujące, z drugiej strony zdrowe. Głośne odchrząkiwanie też nikogo nie porusza. To co odchrząkną, albo odsmarczą, potem połykają, również głośno. Ciekawie mają rozwiązany problem toalet publicznych. Shanghaj jest poprzecinany takimi "elevated roads" czyli drogami przelotowymi bez możliwości zatrzymania (w europejskim rozumieniu). Chińczycy zatrzymują się na prawym pasie, wychodzą i leją na barierkę. Jak to załatwiaja kobiety jeszcze nie zaobserwowałem. Nie wiem czym oni te barierki malują, bo w Polsce dawno by zgniły. Problem wstydu o tyle nie istnieje, że to czym leją nie bardzo im wystaje ze spodni.
04:36, leszekm
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Moja przyszłość
Moja teraźniejszość
Zaglądam